INDIE

 

Ziemia Władców + wypoczynek w Krainie Bogów czyli Radżastan i Kerala

25.09-10.10.2010
Od kilku dni próbuję poukładać sobie wspomnienia. Nie potrafię zapanować nad chaosem myśli. Indie są tak różnorodne tak niedefiniowalne, że trudno je jednoznacznie wspominać. Znajomi pytają mnie, jak było? Nie umiem odpowiedzieć. Ale może spróbuję wszystko opowiedzieć chronologicznie i wtedy jakoś się poukłada.


Wyruszyliśmy z Wrocławia, choć niektórzy uczestnicy mieli do naszego pięknego miasta bardzo daleko (ukłony w stronę Pomorza). Z tego miejsca chciałabym też podziękować obsłudze naziemnej Lufthansy za bardzo sprawne odprawienie naszej grupy i przydzielenie miejsc zgodnie z naszymi życzeniami. Portem przesiadkowym było Monachium gdzie część grupy postanowiła zobaczyć jak wygląda słynny na całym świecie Oktober Fest. Wrażenia odwiedzających tą sławetną imprezę były identyczne-zobaczyć, zaliczyć (wypić piwo), zrobić kilka fotek i dobrze że nie trzeba tam dłużej zostać.
Po niecałych ośmiu godzinach lotu znaleźliśmy się w stolicy subkontynentu dekańskiego czyli Delhi. Ten tygiel przywitał nas nadspodziewanym spokojem i oczywiście ciepełkiem. Spokój był wynikiem dwóch okoliczności - po pierwsze Delhi przygotowywało się do Igrzysk Commonwealth a po drugie był wczesny niedzielny poranek. Po krótkim odpoczynku w wygodnym hotelu w New Delhi ruszyliśmy na pół dniowe zwiedzanie miasta. Odwiedziliśmy najważniejsze z ważnych punktów każdej wycieczki - Chandi Chowk, Meczet Piątkowy, Raj Ghat, India Gate, Dom Indiry Ghandi, Parlament, Humayun's Tomb i przed kolacją wróciliśmy na odświeżenie do hotelu.
Tutaj dowiedziałam się, że spotkała nas pierwsza przygoda. Otóż w naszym pokoju zameldowali się niezwykle zafrasowani Jaś i Malgosia. Nieśmiało zakomunikowali że na ławeczce w ogrodzie przy grobowcu Humajun'a został telefon komórkowy Jasia. Wow!!!!!! Moi mili, może to zabrzmi bardziej nieprawdopodobnie niż bajka o Jasiu i Małgosi ale ten telefon został odnaleziony. Tak, tak w Indiach w Delhi został znaleziony przez naszego przewodnika i oddany i-phone!!! W związku z tym kolacja smakowała wszystkim, tym bardziej że miała ona miejsce w bardzo fajnej knajpce w starym Delhi, której bar sałatkowy umiejscowiony jest w starym samochodzie (marki auta nie pamiętam) a kolacja składała się ze specjałów kuchni kaszmirskiej.

 

Rano wypoczęci i najedzeni ruszamy w kierunku Agry. Dzisiaj czekał na nas cudowny Fort Agra zbudowany przez największego z Wielkich Mogołów -Akbar'a. Akbar to władca potężny i bardzo oświecony, mecenas sztuki i budowniczy potęgi cesarstwa. W połowie XVI w uczynił z Indii prawdziwe azjatyckie mocarstwo. Stolicą jego Imperium była Agra gdzie 4 tysiące budowniczych wzniosło dwukilometrowej długości fortyfikacje okalające ponad 500 budowli z czerwonego piaskowca i białego marmuru w stylu Bengalu i Gudżaratu. Wnuk Akbara, Szahdżachan zbudował (a raczej zlecił budowę-naprzeciw Fortu Agra) - największy i najwspanialszy na świecie pomnik miłości, czyli jeden z cudów współczesnego świata - Taj Mahal. Zbudował to arcydzieło harmonii dla swojej ukochanej żony Mumtaz, która opuściła go w trakcie urodzin 14 dziecka. Do końca swoich doczesnych dni spoglądał na grobowiec z okien Fortu Agra, uwięziony tam przez swojego syna Aurangzeb'a. Wszyscy byliśmy zachwyceni. Pełni wrażeń po zachodzie słońca w Taj Mahal wróciliśmy do hotelu Clarks Shiraz i część grupy znalazła jeszcze siły na spotkanie przy basenie.


Następny dzień to odwiedziny w Fatehpur Sikri oddalonego o 35 km od Agry. W miejscu tym Akbar dowiedział się, że będzie miał trzech synów i postanowił tu przenieść swoją stolicę. Obejrzeliśmy najwyższą w Indiach bramę do Meczetu Dżama Masid, piękne pałace żon Akbara, salę Audiencji Prywatnych ( Diwan-i-Khas ) i przed południem wyruszyliśmy w kierunku Radżastanu nazywanego Ziemią Władców.

 

Planowo mieliśmy dotrzeć do "różowego miasta" Jaipur wczesnym popołudniem i nacieszyć się jego starówką. Niestety plany legły w gruzach gdy utknęliśmy w korku z powodu strajku. Sytuacja nie do pozazdroszczenia. Poza autobusem upał około 35 stopni, żar się leje z nieba a my stoimy i informacje które do nas docierają optymizmem nie napawają. Nasz kierowca o boskim imieniu Ganesh robił wszystko aby nas przepuścili albo przynajmniej pozwolili schować się z autobusem do cienia. Po około dwóch godzinach ruszyliśmy. Tuż przed zmierzchem dotarliśmy do pięknego Jaipuru. Nagrodą za trudy dnia były zakupy (tylko na to starczyło czasu w tym dniu) i nocleg w pięknej Haveli liczącej sobie ponad trzysta lat. Tu mała dygresja - w trakcie przygotowywania programu zastanawialiśmy się z Łukaszem (jak już zapewne wiecie to mój syn, który również pracuje w biurze Transer i jest autorem większości programów naszych wypraw) co ma być wyróżnikiem naszej wyprawy po Indiach ? Doszliśmy do wniosku, że chcemy naszym podróżnikom pokazać Radżastan od strony Pałaców, Fortów, Świątyń a żeby to bardziej przeżyć i wczuć się w atmosferę tego stanu z czasów XVIII i XIX wieku, nocować będziemy w hotelach typu Heritage. Potomkowie dawnych rodów radżpuckich przystosowali siedziby swoich klanów do potrzeb wymagających turystów. Można nocować i posilać się w zabytkowych wnętrzach, napawać się widokami z pięknych tarasów. Sypialnie są bogato dekorowane i pełne tradycyjnych ozdób a także antycznych mebli..


Kochana Ania, gdy wysiadła z autobusu aż westchnęła - "jestem w bajce z tysiąca i jednej nocy" - to spontaniczne westchnienie sprawiło nam ogromną przyjemność. Tak chcieliśmy Wam pokazać Indie. To właśnie tutaj był Aladyn ze swoją cudowną lampą i Dżinem który spełniał życzenia. Jeżeli udało nam się choć trochę być namiastką Dżina to....cieszymy się i mamy poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Po pięknej kolacji poświęciliśmy jeszcze chwilę lokalnemu artyście z teatrem kukiełkowym tak charakterystycznym dla Jaipuru, zakupiliśmy kukiełki i oddaliśmy się objęciom Morfeusza - no może nie wszyscy.


Wczesnym rankiem tuż po śniadaniu pomknęliśmy na główną ulicę Jaipuru aby zobaczyć o poranku Hava Mahal czyli Pałac Wiatrów. To jedyna w swoim rodzaju fasada z 593 okienkami za którymi kobiety mieszkające w City Palace mogły spoglądać na ulicę same pozostając niewidocznymi. Po obfotografowaniu wszystkiego podążyliśmy na spotkanie z przepięknym Fortem Amber. U jego podnóża czekały już na nas pięknie wystrojone w czapraki i pomalowane słonie, na których grzbietach wdrapaliśmy się do Fortu. Budowniczym tego fortu był Radża Man Singh który dowodził armią Akbara ( jak pamiętacie najpotężniejszego Wielkiego Mogoła). Najbardziej podobała mi się w Forcie sala luster gdzie ściany zdobione są zwierciadlanymi motywami migoczącymi w świetle. Z Fortu zjechaliśmy dżipami i udaliśmy się na zwiedzanie City Palace of Jaipur ( Pałac Miejski).

 

Potem jeszce Jantar Mantar (obserwatorium astronomiczne, którego twórcą był Dżaj Singh, założyciel miasta) i pora na krótki odpoczynek przed dalszą drogą do Kisanghar. Dzisiaj nocować będziemy w zupełnie magicznym miejscu. Małgosia określiła je bardzo trafnie "wygnaniowem". Kisanghar jest oddalony od Jaipuru około 100 km na płd. zachód i nie należy do turystycznej trasy każdej wycieczki.To właśnie stąd pochodzi marmur z którego zostało zbudowane Taj Mahal. Krajobraz zupełnie nieciekawy, półpustynny i bardzo zakurzony ale....Fort Rupengarh, którego właściciel stara się o wpisanie go na światową listę dziedzictwa kultury UNESCO, to miejsce niezapomniane. W 2007 roku kiedy byłam tu po raz pierwszy również Sting wybrał je na miejsce swojego koncertu i odpoczynku. Na powitanie zostaliśmy obsypani wonnymi kwiatami i całe popołudnie mieliśmy dla siebie. Kolację przygotowano nam na ogromnym tarasie. Dodatkową atrakcją było to, że byliśmy tu jedynymi mieszkańcami. Zapoznaliśmy się z historią Fortu i jego poniżej położoną osadą. Panie zostały przyobleczone w sari i zafundowałyśmy sobie malowanie tatuaży henną. Następnego ranka po uroczym spacerze, wcześniej pożegnani przez spacerujące po obiekcie kolorowe pawie, ruszamy do "błękitnego miasta" Dżodpur. Dżodpur to główne miasto Mewaru czyli ziemi przeklętej. Dlaczego ziemi przeklętej? Otóż Dżodpur posadowiony jest u wrót pustyni Thar, nieprzystępnej i trudnej do życia krainy.


Docieramy do niego wczesnym popołudniem i zaczynamy zwiedzanie od 347 pokojowej (swego czasu największej na świecie) rezydencji maharadży Umajad Singha zbudowanej w latach trzydziestych XX wieku. Później przenosimy się do wzniesionego na 120 metrowej skale Fortu Meherangarh do którego prowadzi siedem bram a przy jednej z nich można zobaczyć odciski dłoni wdów które zginęły w obrzędzie sati.Fort robi na nas olbrzymie wrażenie swoją "koronkowością", kolorytem i widokami miasta które leży u jego stóp. Niebieskie miasto to jedna z dzielnic Dżodpuru - dzielnica Braminów ( najwyższej kasty w społeczeństwie hinduistycznym ). Po zachodzie słońca udajemy się na odpoczynek,basen i kolację do pięknego hotelu, również wiekowego Heritagu.
Czas na Świątynie, jak dotąd oglądaliśmy ich niewiele i tylko pobieżnie. A przecież Indie to tygiel kultur i religii. Wystarczy, że wymienię tylko religie współistniejące w Indiach aby mieć wyobrażenie ile Świątyń można odwiedzić. I tak w porządku procentowego udziału - Hinduizm około 70 %, Islam 12.5 % , Chrześcijaństwo 6%, Sikhizm (odłam hinduizmu i Islamu)około 3%, Dżinizm (najbardziej ascetyczna religia na świecie, również odłam hinduizmu ) około 2%, Buddyzm około 2%, Judaizm około 1% i Zaoroastryzm około 1%. Słabo?

 

W dniu dzisiejszym będziemy mieli okazję zobaczyć najpiękniejszą w całych Indiach Świątynię Dżinijską w Ranakpur.Świątynia w całości zbudowana jest z białego marmuru. Jej stropy podtrzymywane są przez 1444 kolumny z których każda jest inaczej rzeźbiona. Świątynia jest tak doskonała, że fundator doszedł do wniosku, że trzeba naruszyć jej harmonię i ład przez pochylenie jednej z kolumn bo całkowicie doskonały jest tylko Bóg. Po zwiedzeniu Świątyni ruszamy do Udajpuru, najbardziej romantycznego miasta w Radżastanie. Maharadża Udaj Singh II w 1568 roku założył miasto nad brzegami jeziora Picola pomiędzy szczytami gór Arawali i nazwał je od swojego imienia Udajpurem. Miasto to jest nazywane "białym miastem" ze względu na marmur z którego zbudowane są pałace maharadżów. Po przybyciu do Udajpuru zwiedzanie rozpoczynamy od cudownego, zbudowanego nad brzegiem jeziora City Palace po czym spacerem przechodzimy na przystań i rozpoczynamy rejs łodzią po jeziorze Picola. Zachód słońca zastaje nas na tarasie Pałacu Dżagmandir w którym ukrywał się Szahdżachan ( ten który zbudował Taj Mahal ). Po powrocie na ląd przechodzimy w kierunku hinduistycznej Świątyni Jagdish Temple kryjącej statuę Garudy mitycznego ptaka - wierzchowca Wisznu,ale uciekamy stamtąd bardzo szybko ze względu na rozpoczynające się modły hinduistów. Jeszcze tylko krótkie zakupy i do hotelu. Nie było nawet czasu porozkoszować się luksusem hotelu Trident. Następny dzień to bardzo wczesna pobudka i przelot do Kerali gdzie wszyscy marzą o odpoczynku po intensywnym tygodniu.

KERALA- kraina Bogów - wita nas wilgocią i pięknym słońcem.....do czasu zakwaterowania w najlepszym Hotelu Taj Vivanta. Mamy wrażenie przebywania w rajskim ogrodzie. Hotel zbudowany jest na łagodnym zboczu schodzącym do laguny i oceanu. Niewielki - tylko 58 pokoi, wysmakowany i przemyślany w każdym szczególe.Zostajemy tutaj 4 noce. Uff, nareszcie odpoczynek. Tylko pogoda sprawiła nam figla. Monsun się "zawrócił". Ulewy iście tropikalne.W trzech przewodnikach przeczytałam, że monsun powinien skończyć się we wrześniu a lokalny przewodnik mówi - drugi monsun wieje w Kerali od października do....grudnia. Nic nie rozumiem. Pomimo pogody "w kratkę" humory nam dopisują, relaksujemy się nad basenem i rozszalałym oceanem. Nie brak śmiałków którzy próbują zmierzyć się z Oceanem.Trzeciego dnia ruszamy na pół dniowe zwiedzanie stolicy Kerali - Trivandrum. Jakże mizernie prezentuje się Pałac Miejski,drewniany, malutki.Po tym co mieliśmy okazję zobaczyć w Radżastanie nic już nie jest w stanie nas zachwycić. Lokalny przewodnik robi nam doskonały wykład na temat Hinduizmu najbardziej niedefiniowalnej i "pokręconej" religii świata.Oglądamy zbiory tutejszego muzeum, które zadziwiają nas swoim bogactwem. Kupujemy złoto Kerali czyli przyprawy i z radością wracamy do naszej oazy spokoju, na plaże Kovalam. Następny etap naszej wyprawy to Alappuzha i rozlewiska Kerali. Tu mamy spędzić dwa dni i dwie noce na tzw. Houseboat'ach czyli mieszkalnych łodziach. Zostają rozdzielone funkcje dla każdego uczestnika wyprawy żeby "nie było bydła" jak mawia Jaś i w doskonałych humorach oraz strugach deszczu docieramy na przystań. I tu zrobiło się niefajnie.Kontrahent z którym pracowaliśmy próbował zaokrętować nas na łodzie, które nie odpowiadały standardowi przez nas zamówionemu i zapłaconemu. Awantura na sto fajerek. Stracony dzień!!! Musiałam zaangażować w sprawę oficera policji turystycznej. Dzięki życzliwości i zrozumieniu wszystkich uczestników sytuacja została opanowana i zmieniliśmy łodzie na takie które nam odpowiadały.

 

Na łodziach było niezwykłe menu,od owoców morza do..... placków ziemniaczanych przygotowanych przez Różę, Bożenkę i Anię. Kobitki zrobiły swojej załodze niezwykłą niespodziankę. Na drugiej łodzi natomiast był wieczór muzyczny od Gershwina po Szanty i to a'capella. Spać poszliśmy dopiero wtedy kiedy pogonił nas Staff chcący się położyć spać na decku. Poranek przyniósł piękną pogodę i niezwykłe widoki.Podglądaliśmy ( przy śniadanku i kawce ) z łodzi życie mieszkańców rozlewisk, które są plątaniną kanałów zasilanych za pośrednictwem rzek, wodami Morza Arabskiego ( części oceanu Indyjskiego ) i rozciągają się od Aleppuzhy na płd. do Koczinu na płn. Koczin to ostatni punkt naszego programu. Najstarszy na terenie Indii port morski.To tutaj w 70 roku naszej ery po zburzeniu świątyni w Jerozolimie przybyli pierwsi chrześcijanie i wyznawcy religii mojżeszowej. Tutaj prawdopodobnie zmarł Vasco da Gama. Stąd do dnia dzisiejszego - największe bogactwo Kerali czyli przyprawy - płyną w świat. To także ważny port marynarki wojennej. Niezwykle ciekawa żydowska dzielnica z fantastycznymi sklepami z antykami,odzieżą i wyrobami rzemiosła artystycznego, najstarsza w Indiach synagoga. Nabrzeża dzielnicy Fort Koczin, udekorowane chińskimi sieciami, tworzą niezapomniany klimat miasta. Znajduje się tu również katolicka Bazylika św. Krzyża, którą do tej godności podniósł nasz Polski Papież Jan Paweł II. Czas się żegnać z Indiami. Skończyłam relację i nadal nie potrafię powiedzieć jak było. Tyle różnorodnych wrażeń. Jedno wiem na pewno - nie było nudno. Pokazaliśmy naszym turystom kawałek Indii, w ciągu dwóch tygodni nie da się zrobić więcej. Indie mają to do siebie, że albo się je pokocha i wraca do nich wielokrotnie albo znielubi za chaos, zupełnie inne obyczaje, niewytłumaczalność zachowań tubylców i bardzo ostro przyprawione potrawy. Wobec Indii nikt nie pozostaje "letni". Kolejną wyprawę planujemy na inny kontynent.
Alina Ferens-Krupa